To, co przed nami

Koniec roku nastraja do refleksji. Człowiek czuje się starszy, często dokonuje pewnych podsumowań. On też to robił. Niewesołe myśli przychodziły same, choć starał się je odganiać.

Podsumowywać nie było czego, a raczej nie widział w swoim dotychczasowym życiu niczego pozytywnego. Najważniejsza była praca. Dobra praca za granicą, ze świetnymi zarobkami. Raz, że pieniądze płynęły szerokim strumieniem, a dwa że można było nie brać udziału w codziennym życiu rodziny, które jak wtedy mu się wydawało, nudziło go. Sprzątanie, problemy dzieci w szkole, rachunki – wszystko to było tak przyziemne. Żona mogła się tym zająć i dobrze jej to wychodziło. Tak do tej pory myślał. Że nie kosztowało ją to żadnego wysiłku. Przecież wysyłał pieniądze na utrzymanie. Niczego im nie brakowało, tak mu się przynajmniej wydawało. Dziś nie był już tego taki pewien. Chciał dobrze. Jeszcze rok, jeszcze dwa, jeszcze następne trzy. Jeszcze ocieplenie domu, jeszcze ogrodzenie, jeszcze nowy samochód. Zawsze coś. Poradzą sobie przecież, do tej pory sobie radzili.

Kiedy dzieci dorosły? Nie zauważył. Ostatnio, gdy przyjeżdżał, czuł że mają swoje życie, że on do niego nie pasuje. Nie miał swojej roli, bo wszystkie zostały już rozdzielone. Choć w domu wreszcie było już wszystko, znów uciekł w pracę – do tego, co dobrze znał i gdzie czuł się potrzebny.

Choroba przyszła nagle. Początkowo ją bagatelizował. Czy był to wirus, czy nie, dziś nie ma to znaczenia. Faktem jest, że Ona odeszła. Ile chwil mogli spędzić razem? Tak po prostu, nic nie robiąc? Cieszyć się poranną rosą, spacerem w deszczu, drobnymi gestami na co dzień. Czy mogli zbliżyć się na nowo? Nie próbował, wtedy wycofał się, a dziś było już za późno. Z żalem popatrzył na wszystko, na co pracował całe życie i poczuł, że nic z tych rzeczy go już nie cieszy. Nie ma z kim celebrować tej radości. Teraz jego drogą szedł syn – też wyjechał za granicę. Córka mieszkała blisko, ale rzadko rozmawiali. Nie mieli o czym. Gdy to sobie uświadomił, zawstydził się. Nie sądził, że miał prawo wchodzić teraz z butami w jej życie. Był obcy.

Nie liczył na nic, choć zbliżała się Wigilia Bożego Narodzenia. Nie przygotowywał niczego. Usiadł do komputera, machinalnie opłacił wszystkie rachunki. Wszystko zdrożało, na koncie zostawało coraz mniej. Także na leki, bo wymagająca praca zrobiła swoje. Najwyżej przestanie je brać, bo i po co. Przegrał swoje życie. Ludzie wokół byli weseli, przygotowywali się do świąt, biegali za choinkami i prezentami. Dzieciom zawsze kupowała coś żona. On sam nawet nie miał pomysłu, co by je ucieszyło. Robił przelew i sprawa była załatwiona. Czy dziś ktoś chciałby go w ogóle zobaczyć? Wątpił i nie nastawiał się na nic. Gwar ulicy powoli cichł, ludzie zasiadali w swoich domach do wieczerzy. Nawet nie zapalił światła. Pozwolił, by ciemność w pokoju pochłaniała go coraz bardziej. Wtedy usłyszał ciche pukanie do drzwi. Początkowo nie zareagował, myślał że się przesłyszał, że to wyobraźnia płata mu figle mieszając się z jego skrywanymi pragnieniami o bliskości drugiej osoby. Otworzył drzwi, ale nie było za nimi nikogo. Zaintrygowany, jak w jakimś transie wziął z wieszaka płaszcz i ruszył przed siebie. Nogi same poniosły go do mieszkania córki. Chciał zadzwonić, ale ona go ubiegła. Czuła, że przyjdzie. Bez słowa wpuściła go do środka. Nie robiła mu wyrzutów. Po prostu była.

Przez głowę przebiegła mu myśl, że może jeszcze nie wszystko stracone. Że jeszcze jest nadzieja. Że tego roku, ani żadnego następnego, który mu będzie dany, już nie zepsuje.

 

Dominika Prokuska