Po pożarze domu zostali wygnańcami

Po pożarze domu zostali wygnańcami

14 lipca 2021 Wyłącz przez geistchen

Rok temu spłonął dom. Właściciel podejrzany o przyczynienie się do pożaru trafił za kratki. Jego żona i syn byli chwilę u rodziny, potem dostali socjalny pokoik od gminy. Szybko ruszyła akcja pomocy. Ludzie przekazywali pieniądze i materiały budowlane. Nowy budynek już stoi. Powstał na sąsiedniej działce. Samowolnie. Pogorzelcy zostali bez dachu nad głową. Starszy mężczyzna zamierza wyremontować komórkę po kurniku. Jego żona dostała komunalną klitkę.

 

Wstrząsająca prośba

O jakoby bulwersującej sytuacji i wykorzystaniu ludzkiego wsparcia mającego na celu zabezpieczyć mieszkanie starszemu małżeństwu niezgodnie z przeznaczeniem poinformowali nas najbliżsi pogorzelców. – Nie mogę patrzeć w jakich warunkach mieszkają. Nie rozumiem jak można było tak ich oszukać i wykołować ludzi, którzy z dobrego serca okazali pomoc. Dawali pieniądze. Zebrali 17 tys. zł. Ze zrzutki było 28 tys. zł. Sołtysi przynosili w kopertach. Zbierano w kościołach. Ktoś dał cement. Wspierali synowie pogorzelców. Darmowe pustaki, drewno, więźba dachowa. Wszystkim zajęła się córka mieszkająca w sąsiedztwie. Część rodziny chciała remontować spalony dom. Ona z bratem stanęli oporem. Rozpoczęła budowę na swojej działce. Nikt tam nie ma wstępu. Powstał budynek gospodarczy o powierzchni nie przekraczającej 35 metrów kwadratowych. Właściciel, który wyszedł z aresztu mieszka w stajence. Jego żonę przygarnęła gmina. Zobaczcie. Sprawdźcie. Opiszcie – alarmowała kobieta blisko związana z małżeństwem, które utraciło dom. W szokującej relacji opisuje tragedię i ciągnący się po niej dramat. Postanawiamy to sprawdzić. Nie ze względu na konflikt między bliskimi, bo tego rodzaju sprawy są w wielu przypadkach nierozwiązywalne, ale dlatego, że pojawia się zarzut niewłaściwego wykorzystania pieniędzy pochodzących z publicznej zbiórki. Informująca nas kobieta mówi przecież o pewnego rodzaju oszustwie wobec dużej grupy osób, które są przekonane, że wsparły pogorzelców, a według niej rzeczywistość jest całkiem inna.

Nie mam gdzie iść

Udaje nam skontaktować się z żoną właściciela spalonego domu. Pani Zofia zgadza się na spotkanie. Przyjmuje nas w pokoiku udostępnionym przez gminę. Przeprasza, że nie ma krzesła, ale po wstawieniu dwóch łóżek, szafki i kuchenki zabrakło już na nie miejsca. Kobieta jest roztrzęsiona. Okazuje się, że córka zajmująca się budową domu z publicznych składek dowiedziała się o spotkaniu i tuż przed naszym przyjazdem zadzwoniła i doszło do kłótni. Pani Zofia uspokaja się i zaczyna opowiadać.

– Pod koniec kwietnia ubiegłego roku dom się spalił. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Przygarnęła mnie córka, ta co zajęła się później odbudowywaniem. Wzięła też starszego syna, ale później powiedziała, że nie mogę mieszkać. Mam sobie poszukać lokum bo mąż przyjeżdża zza granicy i nie ma miejsca. Pomogła załatwić w gminie pokoik socjalny. Malutki. Łazienka i toaleta jest na korytarzu – mówi. Lokum zajmuje razem z synem. On pracuje w delegacji i do matki przyjeżdża w weekendy. – Nie mam gdzie iść. Mąż po pożarze był zatrzymany. Teraz pomieszkuje na swoim. Do rozprawy wyznaczonej na wrzesień musi gdzieś przeczekać – dodaje. – Jeden syn dał trzy tysiące i drewno na dach. Drugi załatwił pustaki. Pani z sąsiedniej miejscowości przekazała cement. Krokwie i drewno budowlane dał trzeci syn. Były też zbiórki pieniędzy po wszystkich kościołach w okolicy. Prowadzono też zbiórkę na portalu zrzutka.pl. Nie ma pojęcia ile nazbierano. Tym wszystkim zajmowała się córka. Teraz mówi, żebym kupiła wyposażenie i pomogła w ukończeniu budowy – wylicza starsza pani. Pytamy ją o plany. – Nie wiem co się teraz dzieje. Jakie mogę mieć plany. Domu nie mam. Wygnańcy cieszą się gdy dzień przeżyją – mówi z płaczem.

 

Dziesięcioro dzieci i samotność

Wychowałam dziesięcioro dzieci. Nie jest to proste. Co dwa lata przychodziły na świat. Musiałam poradzić sobie z taką drobnicą. Starałam się, by im niczego nie brakowało. Na męża nie mogłam zbytnio liczyć. Był, jest i będzie alkoholikiem. Zawsze powtarzał piłem, piję i będę pił – mówi pani Zofia. Pytamy jak odebrała ofiarowaną po pożarze pomoc. – Cieszyłam się bardzo. Nie spodziewałam się, że będzie taki odzew. Tyle serca. Zrozumienia. Nie potrafię tego wypowiedzieć. Serce mi się kroi. Wszędzie dawali pieniądze. Będę miała swój dom. Jak się czuję dzisiaj?. Jak wygnaniec. Cała w nerwach. Trudno cokolwiek powiedzieć, aż dławi – mówi przez łzy. – Nie narzekam na córkę, bo mi dużo pomogła. Pomogła załatwić te 6 tys. wsparcia po tragedii. Z tego wzięłam 3 tys. na lodówkę, pralkę i potrzebne sprzęty, 3 tys. dałam jej już na ten nowy dom – dodaje.

Z jej relacji wynika, że musi utrzymać się z emerytury wynoszącej 840 zł. Z tego musi zapłacić za mieszkanie. Dochodzą raty za pożyczki zaciągnięte na remont domu, który się spalił. Od mieszkającego z nią syna dostaje co miesiąc 500 zł. – Wszystko wskazywało, że życie się ułoży po pożarze. Że przyjdzie spokój. Przyszły kłopoty. Cieszyłam się bardzo, że dalej będę na swoim. Zostałam na państwowym. Już mi nic nie zostało. Jest tylko malutki kącik. By się umyć albo przebrać do spania przechodzę przez korytarz do wspólnej łazienki – podsumowuje.

 

Gdzieś przy granicy

Kobieta zgadza się pojechać na miejsce, które przez wiele lat było jej domem. Wcześniej kontaktujemy się z panem Franciszkiem, mężem pani Zofii. Nie ma nic przeciwko odwiedzinom. Jedziemy do miejscowości położonej gdzieś przy wschodniej granicy. Skręcamy z drogi głównej na posesję. Uprzątnięte pogorzelisko zarasta trawa. Obok grządki. Widać, że ktoś bardzo dba o nie. – To moje oczko w głowie – potwierdza pan Franciszek, właściciel po pożarowego miejsca spotkany przy pieleniu chwastów. Trudno je inaczej nazwać, bo sprawia przygnębiające wrażenie i w każdym miejscu widać, że szalał tu ogień. Tylko zadbane rzędy truskawek, pietruszki i marchewki odstają od otoczenia. Przed zatrzymaniem samochodu upewniamy się, że jesteśmy na posiadłości pana Franciszka. Kilka metrów dalej, przy polnej drodze, stoi tablica zabraniająca wjazdu. Jest zawieszona na wbitym w ziemię kołku. Gdy gospodarz zaczyna opowiadać pojawia się młoda kobieta. Zastrzega, że nie życzy sobie żadnych odwiedzin. Prosi o opuszczenie miejsca i przypomina o ochronie danych osobowych. Właściciel pozwala nam pozostać. Mamy okazje uczestniczyć w słownej przepychance między panem Franciszkiem i jego córką. Kobieta zapewnia, że zrobili ile było można i najwyższy czas, by dołożyli się rodzice. Przestrzega, że ojciec jest po spożyciu alkoholu. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście, ale nie sprawia wrażenia pijanego. – Nie rób ze mnie pijaka, tylko powiedz otwarcie o co tu chodzi – zaznacza mężczyzna. Córka kilkakrotnie powtarza, że zrobili ile mogli, a ojciec ciągle pije. Mówi, że dom ukończą, ale małymi krokami. Zwraca uwagę, że rodzice nie pomagają.

 

Przygnębiający widok

Mężczyzna oprowadza nas po posiadłości. Pokazuje wersalkę upchaną w zagraconej komórce. Na mieszkanie chce wykorzystać stajenkę. – Byłem budowlańcem z prawdziwego zdarzenia. Już część posprzątałem i tu chcę zamieszkać – zapewnia. Otwiera skrzypiące drzwi. Malutkie zapchane kawałkami mebli i domowego sprzętu wnętrze może przygnębić. Widać drabinkę służącą kiedyś kurom. Po wcześniejszych „lokatorach” zostały jeszcze wyschnięte ślady. Zauważa, że u córki nie ma warunków do życia. Ta odpowiada, że tutaj też ich nie ma, a jakby pomógł to miałby dom. Kobieta przestrzega, że nie będzie się całe życie męczyć z rodzicami. – Ja też się męczył nie będę – kwituje ojciec.

 

Samowolka?

Pan Franciszek zwraca uwagę, że powstający dom jest budynkiem gospodarczym. Zaznacza, że powstaje na działce należącej do córki, a przecież można było odremontować dom po pożarze. Kobieta odpowiada, że nie można, bo ojciec był zatrzymany i nie było z nim kontaktu, a strażacy orzekli, że remontować się nie da. Skorzystała z pomocy urzędników, którzy poradzili jej by budować od nowa u siebie. – Niech pan pójdzie, pokażę jak rozebrali dom, który nadpalił się, ale można było go odremontować – zachęca gospodarz. Jego żona potwierdza, że pożar nie zniszczył całkowicie domu i nadawał się do odbudowy.

Rozebrała mój dom nie pytając o zgodę – żali się mężczyzna. Rozpoczyna się kłótnia. Kolejny raz słyszymy upomnienie od córki, by nie fotografować i nie cytować jej wypowiedzi. Zapewnia, że ma wszystkie potrzebne dokumenty, a ze składek jest gotowa rozliczyć się przed powołanymi do tego instytucjami. Sprawdzamy później w urzędach, czy budowa została zgłoszona. Dowiadujemy się, że nie ma o niej żadnej informacji, a mimo tego, że budynek nie przekracza 35 metrów kwadratowych należało zgłosić w gminie rozpoczęcie budowy.

 

Nieostrożność

Podczas oprowadzania nas po gospodarstwie pytamy mężczyznę, co mogło być przyczyną pożaru. Przyznaje, że jego nieuwaga mogła doprowadzić do pożogi. – Byłem nieostrożny – stwierdza. A tutaj wszystko pocięli. Nie wszędzie widać nawet spaleniznę. Nie jestem pewny miejsca do mieszkania. Będę powoli remontował to co mam – mówi.

 

Wyciszenie emocji

Po kilku dniach od naszej wizyty odzywa się pani Zofia. Prosi, by sprawę zostawić i nie wspominać o niej. Kontaktuje się też jej córka. Rozmowa jest już znacznie spokojniejsza. Kobieta zapewnia, że po ukończeniu domu przyjmie matkę. Na razie jednak nie stać ją na kontynuację prac, a rodzice nie mają zamiaru się dołożyć. Wraca temat alkoholu u ojca. Pojawia się tłumaczenie, że na gospodarstwie rodziców ciążą długi, więc nowy budynek powstaje na działce nie obciążonej kredytami.

Pojawia się przy tym nutka nadziei, że matka znajdzie miejsce dla siebie w nowym domu. Ojciec niekoniecznie.

 

Postanowiliśmy pokazać tą bulwersującą sprawę ze względu na jej oddźwięk społeczny. Budowany dom powstaje przecież dzięki hojności wielu ludzi, a nie do końca zostały załatwione sprawy dotyczącego jego powstania. Wydaje się, że darczyńcy trochę inaczej widzieli wykorzystanie wpłacanych pieniędzy.

Opisana sytuacja jest rzeczywista, ale nie podajemy miejsca oraz informacji pozwalających na identyfikację osób. Rzecz dzieje się w naszym ogólnie pojętym regionie. Imiona zostały zmienione.

erka