Cisza w Betlejem

Spokój w przysiółku Rudołowic zwanym Betlejem. W tym roku nie będzie przedświątecznego spotkania. Jest tylko szopka. W ubiegłym nawet szopki nie było. Wszystko przez pandemię. Mieszkańcy Betlejem zapewniają jednak, że zapoczątkowana 21 lat temu tradycja nie zginie. – Brakuje nam tego wspólnego świętowania – mówią.

– Pamiętam jak Jacek Hołub pierwszy raz przyszedł do nas. Było to w 2000 r. Zasypało nas wtedy śniegiem. Ani dojechać, ani dojść. Przyniósł nam światełko betlejemskie. Przez 19 lat przychodzili. Te spotkania, to zasługa Jacka. Pierwsze lata to zbieraliśmy się u nas, w domu. Przybywało coraz więcej ludzi, więc przenieśliśmy się do garażu. Potem i tam się nie zmieściliśmy. Pogoda była różna. Raz lało jak z cebra. Innym razem ponad 20 stopni mrozu. Ludzie przychodzili niezależnie od pogody. Kolędowali. Rozgrzewali się przy ciepłych potrawach. Brakuje tego, ale pandemia nie pozwala – wspomina pani Regina, jedna z organizatorek betlejemskich spotkań. – Szopkę postawiliśmy. Kto zechce może ją odwiedzić. W tamtym roku nawet szopki nie było. Nie w głowie były przygotowania, gdy niejeden o życie walczył. Kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Teraz też nie chcemy nikogo narażać. Niech sam decyduje, czy Betlejem odwiedzać. Ludzie jednak przyjeżdżają – dodaje pani Maria. Mieszkanki rudołowickiego Betlejem uważają, że trzeba zadbać, by tradycyjne spotkania nadal się odbywały. – Odwiedzający nas w tamtym roku byli zwiedzeni, bo wszystko pozamykane – mówią. – Chcielibyśmy, by wigilijne spotkania odżyły po pandemii. Nawet po to, by zachować pamięć o tych pierwszych współorganizatorkach. O Marii Huk, mojej mamie i jej sąsiadce Józefie Wajda, bo one były dobrymi duchami czuwającym obok szopki. Odeszły od nas, ale zostały we wspomnieniach – mówi pan Jan, mąż Reginy.

 

Betlejemscy pielgrzymi

Malutka osada powstała tuż przed drugą wojną światową. Po kilku latach liczyła cztery domy. Nazywano ją Betlejem. Mieszkańcy żyli na uboczu, a nazwa przysiółka niekoniecznie kojarzyła się biblijnie. 21 lat temu w czasie przedświątecznym odwiedził ich Jacek Hołub. Przyniósł światełko betlejemskie. Rok później też był. Z roku na rok przychodziło coraz więcej pielgrzymów. Szli harcerze, członkowie Stowarzyszenia Pilotów i Przewodników Wycieczek z Jarosławia. Wielu przebranych w jasełkowe stroje. Prowadził ich Jacek pełniący rolę osła. Była Maria z Dzieciątkiem, św. Józef, Trzej Królowie, aniołowie i inne biblijne postaci. Kilkudziesięciu pielgrzymów wyruszało z Jarosławia, by przez Cieszacin i przysiółek Mokrej Zmyślówkę dotrzeć do Betlejem. Przedzierali się przez pola odwiedzając położone na uboczu domy, a w Betlejem czekała na nich szopka i gromada ludzi z wigilijnym poczęstunkiem. O malutkim przysiółku było coraz głośniej. Mijały lata. Co rok przybywali pielgrzymi. W ubiegłym roku mieli przyjść po raz dwudziesty. Nie przyszli. Zatrzymał ich koronawirus.

– W ubiegłym roku odwiedził nas tylko ksiądz z harcerzami. Przyjechali wszyscy w mundurach, tylko jeden chłopak był ubrany inaczej. Mąż poszedł do nich. Porozmawiał. Okazało się, że młody człowiek bez harcerskiego munduru, to ksiądz. Na tej mszy byli tylko oni i ja z mężem. Wcześniej zadzwoniłam po Marysię, ale ona ma daleko i przyszła już po mszy. Harcerze zapalili ognisko, ogrzali się, pokolędowali, podziękowali i pojechali. Trochę głupio wyszło. Pandemia, ani do domu zaprosić. Może źle żeśmy wtedy szopki nie zrobili, bo ludzie przyjeżdżali z okolic – zastanawia się pani Regina. – Spotkania nie było, ale ludzie przyjeżdżali. Trafiają do nas, chociaż nie tak łatwo dojechać od głównej drogi. Dwa lata temu ktoś ukradł tablicę stojącą na zakręcie od wsi i wskazującą kierunek do naszego przysiółka. Była zabetonowana, a jednak wyrwali. Kto chce, dojedzie. Najwyżej popyta o kierunek – dodaje pan Jan.

 

Biblijna nazwa

Niektórzy mówią, że jest tylko jedno Betlejem, ale nasz przysiółek jest zaznaczony w mapach pod taką nazwą. Nie myśmy to wymyślili. Szopki są wszędzie, to i Betlejem może być u nas – podkreśla pan Jan nazywany przez sąsiadki burmistrzem Betlejem. – Mówili, żem sołtys, a przecież w mieście sołtysów nie ma, a kolęda mówi „w Betlejem mieście”, więc zostałem burmistrzem – uśmiecha się mężczyzna.

– Tu na polach było cztery numery. Musieli być wsparciem dla siebie. Inaczej by nie przeżyli. Pierwsza przyjechała babcia Kucabowa. W 1938 r. Jechali furmanką z Jodłówki. W Bystrowicach się zatrzymali. Miejscowi pytają, gdzie jedziecie. Odpowiedzieli, że zdążają do Rudołowic, by tam się osiedlić. Po co wy tam jedziecie, tam najgorsi ludzie mieszkają, ostrzegali ich – opowiadają dwie Marie, wnuczki Rozalii Kucab.

Mieszkańcy Jodłówki szukali miejsca na osiedlenie bliżej Jarosławia. Dziedzic sprzedawał grunty w Rudołowicach i na Konstanynówce. Wybrali Rudołowice. W polach, poza wsią osiedliło się cztery rodziny. – Żyli razem i razem świętowali. Takie były czasy. Bliskich zostawili w Jodłówce. Tu tworzyli od nowa wspólnotę. Swoje miejsce. Cztery skromne gospodarstwa otoczone pańskimi gruntami. Jak parobkowie, często już po zmroku, wracali z pracy, to kierowali się na światełka naftowych lamp widoczne od tych domów. Utarło się, że szli w stronę Betlejem, światła wskazującego drogę do wsi, do domu. I tak zostało – opowiada pan Jan.

 

Wilija w Betlejem

Wigilia rozpoczynała się po zapadnięciu zmroku. Rodziny odwiedzały się aż do rozpoczęcia pasterki. Szliśmy wszyscy do babci, do Betlejem na Wiliję, bo tak się wtedy mówiło. Przedzieraliśmy się przez zasypane śniegiem pola. Zdarzało się, że zboczyliśmy i wychodziliśmy kilometr dalej. Każdy niósł swoją łyżkę, a wieczerzę spożywaliśmy z jednego talerza. Spotykaliśmy się w drewnianym domu składającym się z kuchni, większego pokoju i małego pomieszczenia. Siadało się na ławkach. Na podłodze była rozścielona słoma. W kącie stał snop zboża. Nie chochoł, tylko zwykły snopek. Każdy kto przychodził wkładał tam swoją łyżkę. Wilijna wieczerza zaczynała się od modlitwy za żywych i zmarłych. Dzisiaj czytamy fragment Pisma Świętego. Opłatek był zielony, czerwony i biały. Najpierw karmiło się nim krowy i cała trzodę. Dostawały też chleb. Potem wracaliśmy do domu. Stół nie był tak bogato zastawiony. Stały na nim dwie gliniane miski. Leżało siano. Zabieraliśmy swoje łyżki ze snopka, a najstarszy z domu brał opłatek. Dzielił się nim z każdym, rozpoczynając od najstarszych. Nie składało się życzeń i nie dzieliło opłatkiem każdy z każdym. Na stole musiała być sól, która w dawnych czasach była drogim, ale koniecznym produktem. Przed rozpoczęciem wieczerzy ojciec wołał wilka. Przestraszone dzieci wpatrywały się jak podchodził do okna z łyżką grochu i wołał „wilku, wilku chodź do grochu…”. Siedziały w kącie i dopiero pojawiające się na stole potrawy wigilijne pozwalały im zapomnieć o czającym się w ciemnościach drapieżniku. Na stół wędrowała grochówka, grzybowa, a pod każdą miskę kładło się opłatek. Jeśli się przykleił, to zwiastował urodzaj. Potraw było 12, a kutia i pampuchy, czyli podpieczone bułeczki polane mlekiem posypane grubym cukrem i ponownie zapieczone albo kluski z makiem były na końcu. Po wieczerzy kładliśmy się na słomie i kolędowaliśmy. Potem szliśmy na kolejną wieczerzę. Po niej na następną. Niektórzy narzekali, że wszędzie takie same potrawy. Tak wędrowaliśmy aż do pasterki. Na nocną mszę wszyscy szli ujedzeni po dziurki w nosie – opowiada pani Maria. .

 

Już nie na uboczu

Przysiołek Betlejem rozrósł się. Już nie jest oddalonym od wsi skupiskiem czterech domów. W organizację spotkań przy szopce ustawianej w betlejemskim przysiółku angażowała się cała społeczność. – Dużo nam pomaga Mariusz Baran, prezes Stowarzyszenia Miłośników Historii i Tradycji Rudołowic razem z członkami. Kobiety z KGW. Ksiądz proboszcz. Pomagali nam inni. Byli sponsorzy. Ktoś przekazał kiełbasę. Piekarnia dała chleb. Ludzie słyszeli i wspierali. Ciasto upiekły kobiety. One też przygotowywały potrawy. Było to znaczące wydarzenie. Nie tylko dla nas. Liczymy, że betlejemskie spotkania odżyją – podsumowuje pan Jan. Wspólna organizacja przedświątecznych spotkań pokazuje, że przysiółek nie jest na uboczu. Jest częścią Rudołowic, a mieszkańcy przypominają, że przesłanie jedności płynące razem ze światełkiem przekazanym z miejsca narodzenia Jezusa nie jest im obce.

erka